Co najbardziej wkurwia mnie w #RODO: ilość makulatury, jaką to produkuje. Przykład z teraz: oferta na polisę ubezpieczeniową, jedna strona warunków, dwie strony pieprzenia o tym, kto jest administratorem danych osobowych, czego mogę zażądać, co jest ich interesem. W dupie to mam. Potrzebne mi ubezpieczenie mieszkania i jasne jest, że podam dane i że bez mojego pozwolenia nie mogą ich puścić dalej. Po cholerę o tym pisać? Nie mogą mnie też zamordować ani pomalować na zielono, dlaczego nie ma kolejnych kartek z namiarami na Inspektorów Ochrony przed Mordowaniem i Farbą oraz szczegółowym opisem, co uważa się za mordowanie, jaki zakres widma odpowiada zielonemu w sensie ustawy i że mogę wnieść sprzeciw przeciwko ganianiu mnie z pędzlem?
Skutek widzę jeden: cała para idzie w to, żeby wyprodukować odpowiednio gruby fascykuł i żeby był w porządku, a sens przepisu? To nieważne, ważne że mamy politykę, obowiązek informacyjny, zgromadzone zgody i niezgody, piętnastokilobajtową stopkę w mailu i inne niezbędne dupokryjki. Tak wygląda prawo tworzone przez urzędników i dla urzędników. I większość informacji o „naruszeniach” (cholera, moje dane z mocy prawa są w publicznych rejestrach i nie mogę zażądać usunięcia, choćby dziś „wyciekły”, to niczego to nie naruszy) kończy się pełnym satysfakcji stwierdzeniem, że dopierdolono jeszcze ofierze włamania, bo nie dopełniła czegoś tam.
